piątek, 14 lutego 2014

Nerdowskie nie-cakiem-walentynki i szybkie ciastka kokosowe


Wieczór 14 lutego spędzę tak, jak mógłby powiedzieć bohater filmiku, który pewnie swoją popularność ma dawno za sobą: "Będę grać w grę". By spędzić czas w sposób, przy którym odpoczywam, z ludźmi, których lubię, szanuję i podziwiam, ani specjalnej daty nie potrzebuję, ani nie stoi mi na przeszkodzie to, że dla wielu jest zarezerwowana na spotkania wyłącznie dwuosobowe. A jeśli postanowicie zrealizować dzisiejszy przepis na ciastka teraz (za chwilę kliknę "opublikuj" i jest 18.48) spokojnie zdążycie podać je na stół do 20.00. :)

Będę grać w grę. Konkretnie w Warhammera.
Poza korzyściami oczywistymi i do bólu banalnymi (przynajmniej gdy ma się lat dużo więcej iż dwadzieścia i na tych polach się już raczej zaległości nadrobiło), takimi jak rozwijanie wyobraźni, umiejętności interakcji w grupie i pomysłowego rozwiązywania problemów, granie w erpegi niekomputerowe przynosi korzyści o wiele bardziej konkretne. Na przykład człowiek ma się do kogo zwrócić, kiedy potrzebuje pomocy w przeprowadzce. Albo przepisu na chleb. Albo kawałka skóry do zrobienia etui na telefon. Nigdy nie marnuje się jedzenie - wszystkie rzeczy w lodówce, z którymi nie wiadomo, co zrobić, wystarczy zawinąć w ciasto francuskie i upiec. +30 do uznania i podziwu. Za to trunki znajduję po sesji niekiedy w nienapoczętych butelkach - nie trzeba specjalnie kupować nowych będąc gdzieś zaproszoną. 

Można też grając w RPG nadal się co nieco nauczyć mając lat więcej niż dwadzieścia. Mniej też. No, powiedzmy, że w tym pierwszym przypadku właściwie tylko przypomnieć sobie, utrwalić, ewentualnie odkryć na nowo. Na przykład można nauczyć się:

1. Tego, jak ważne jest, by komunikować się jasno i precyzyjnie. Że jeśli wiem, czego chcę, niekoniecznie muszą to wiedzieć inni - dopóki im nie powiem. Że warto deklarować też swoje intencje i to, jakie efekty chce się uzyskać. Że nie ma sensu mówienie "bo tak", o wiele skuteczniejsze jest wyjaśnienie, dlaczego właśnie tak.

2. Tego, że zawsze lepiej zrobić coś niż nic. Jeśli podejmie się jakąkolwiek akcję, może ona przynieść fenomenalne rezultaty albo skończyć się widowiskową katastrofą, ale równie dobrze może nie wydarzyć się właściwie nic. Za to jeśli nic nie zrobimy - to nic nie wydarzy się na pewno. 

3. Tego, że trzeba próbować. Słusznie ktoś zauważył, że jeśli plan "A" zawiedzie, alfabet ma jeszcze 25 liter (uwzględniając polskie znaki - 31). A potem są jeszcze inne systemy znaków. Bywa, że wykorzystamy sposoby działania, które w danej sytuacji przychodzą do głowy pierwsze, wszystkie, które wydają się oczywiste, racjonalne, uzasadnione, sensowne - i nic. Czemu więc nie spróbować sposobów pozornie nie mających szans powodzenia? Spontanicznych, na pierwszy rzut oka głupich, czy idiotycznie brawurowych? A nuż akurat zadziała. Skoro racjonalne metody zawiodły, to lepiej mieć choćby marną szansę na powodzenie, niż całkowitą pewność, że nie zdarzy się nic (patrz punkt wyżej).

4. Tego, żeby wykorzystywać sytuację. Kiedy mi się marzą zagadki i intrygi, tymczasem przez kilka godzin odgrywamy szukanie jedzenia i schronienia na bezludnej wyspie (warto wrócić do punktu 1. i zakomunikować, że po szczęśliwym opuszczeniu wyspy, to by się jednak chciało trochę tych intryg, gdy sytuacja na nie pozwoli), można marudzić i pozwolić swojej postaci wlec się biernie za resztą drużyny. Można też wykorzystać czas względnego spokoju i gdy już znajdzie się to jedzenie, pouczyć się choćby strzelania z łuku, odczytywania znaków, gotowania (może się kiedyś przyda), zbierać lecznicze i trujące roślinki (przydadzą się na pewno!)

5. Tego, żeby dawać od siebie, zamiast tylko oczekiwać. Kolejny banał. Może da się to wytłumaczyć karmą, a może mechanizmami psychologicznymi, czy socjologicznymi. W każdym razie im więcej dasz od siebie, tym więcej dostaniesz. Zwłaszcza kiedy mówimy o świecie interakcji międzyludzkich, a nie fizycznych obiektów. W skrócie: nastawienie jest ważne. Można i należy czerpać satysfakcje, szukać okazji do nauczenia się czegoś albo zwyczajnie dobrze się bawić, nie tylko wtedy, kiedy wydarzenia rozwijają się po naszej myśli.

6. Tego, że detale są ważne. Zawsze.

7. Zaufanie też.

8. Tego, że nie trzeba wcale wszystkiego wiedzieć i robić najlepiej. Że bycie "tylko" sobą w zupełności wystarczy. Miło przy tym, jeśli się mniej więcej wie, kim się jest. Lub przynajmniej kim się chce być na pewno.


Tymczasem, po części nerdowsko-osobisto-wynurzeniowej, czas na jedzenie. Ciastka kokosowe to właściwie wariacja na temat przepisu na "owsianki". Są więc tak samo łatwe.

Składniki:
  • 200 g wiórków kokosowych
  • pół szklanki mąki
  • 2 jajka
  • 70 g masła lub margaryny
  • pół szklanki cukru (do ciastek owsianych daję go mało, ale te tutaj jak najbardziej mogą być obrzydliwie słodkie)
  • szczypta soli
Wiedzcie, że znam ludzi na taki widok gotowych nieomal umrzeć ze szczęścia. Wy też?

Przygotowanie:

Wiórki kokosowe przelewamy wrzątkiem. Na sitku, jeśli mamy odpowiednio duże i z małymi oczkami. Jeśli nie mamy - po prostu zalewamy je odrobiną (ale naprawdę odrobiną, nie mają w niej pływać) gorącej wody w miseczce. Jeżeli przelewać wrzątkiem nam się nie chce, wystarczy dać więcej masła (jakieś 115-120 g) i też będzie ok. Masło roztapiamy - powoli, na małym ogniu, by się nie przypaliło ani nie zagotowało. Wiórki łączymy z mąką i cukrem, zalewamy roztopionym masłem. Mieszamy, dodajemy żółtka z jajek i znów mieszamy, Na tym etapie można też opcjonalnie dodać aromat do ciast (hmm, może na przykład... kokosowy?). Białka oddzielamy do jakiegoś wysokiego naczynia. W tym czasie możemy już zacząć rozgrzewać piekarnik do ok 150-180 stopni.


Białka jajek ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę. Tu nie potrzeba nic ponad odrobinę cierpliwości. Jeśli robicie to po raz pierwszy - piana gotowa jest, kiedy mieszadło (tak to się nazywa?) miksera zostawia na niej wzorki, kiedy "przejedziemy" po wierzchu, a po przechyleniu naczynia nie przelewa się, tylko zostaje na swoim miejscu. Jeżeli jest inaczej - ubijamy jeszcze trochę, do skutku.

Ostrość uciekła, musicie więc uwierzyć na słowo, że jest, jak trzeba.

Teraz będzie potrzeba trochę więcej skupienia. Pianę z białek musimy połączyć z masą z pozostałych składników. A ta, z tłuszczem i żółtkami, jest już zbita i ciężka. Dlatego, żeby nie popsuć efektu, trzeba to robić delikatnie. Najlepiej przekładać pianę do miski z całą resztą po trochu, po łyżce. Mieszamy powolutku, posługując się brzegiem łyżki, jeśli wiórki i reszta zbiły się w grudy. I tak po łyżce, po trochu, aż połączymy wszystko. Masa powinna teraz być bardziej puchata.

 Jeśli zrobiliście wszystko dobrze, powinno być widać subtelną różnicę.

Masę wykładamy łyżką na blachę (u mnie jak zwykle wyłożoną papierem, ale może macie swoje ulubione i wypróbowane sposoby), delikatnie formując ciastka. Mogą wyjść dość nieregularne. Tak ma być. Wkładamy na środkową półkę do rozgrzanego wcześniej piekarnika i pieczemy 8-15 minut w temp. ok. 150 stopni. Będą dobre kiedy wierzch się lekko zrumieni, a spód będzie łatwo odchodził od papieru podważony nożem.

Przed wyłożeniem na talerz, czy ewentualnie zapakowaniem do pudełka, by komuś podarować, zostawiamy na chwilę do przestygnięcia na blasze. Inaczej mogą się posklejać.

W kwestii czasu i temperatury pieczenia na wyrocznię absolutną się nie nadaję. W tej chwili korzystam z piekarnika mniejszego, niż typowy, z grzałkami elektrycznymi u góry i u dołu. Wydaje mi się, że przynajmniej przy niektórych wypiekach (albo i sporej większości), czas i temperatura będą odpowiadały tym, jakie trzeba zastosować w przypadku termoobiegu. Musicie swój piekarnik "wyczuć" i patrzeć bliżej podanego czasu, czy już wyglądają na gotowe.
Smacznego!


P.S. Zrobienie sobie "selfie" z samowyzwalaczem z talerzem ciastek nie jest proste. Koniecznie chciałam koszulę w kratę i umyśliłam sobie malutką przysłonę, ale nie udało mi się ustawić w odległości ostrzenia (ustawionej manualnie). Np. poniżej kadr dokładnie taki, jak chciałam, natomiast ostrość odeszła do krainy wiecznych łowów:

No ale krata musi być Jak być nerdem, to na całego!

8 komentarzy:

  1. Ósmy punkt dla wielu ludzi powinien być wpisany do dekalogu. Ciacha robią na tyle smaka, że próbuję w poniedziałek. Nie m bata. I strasznie fajnie nerdowi w niebieskich paznokciach :) ps. Wracamy do internetów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinien, ale to jest tak, że samemu trzeba do tego dojść, inaczej się nie wierzy. Ciastka robi się w pół godziny łącznie z pieczeniem, więc jak tu nie polecać :) A powrót do internetów mogę skwitować jedynie entuzjastycznym "łiiii" :)

      Usuń
  2. jeeeeeejku jakie smakołyki <3
    http://coeursdefoxes.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyjaśnij mi jak ja to zrobiłam, że nie byłam tu...? Dżizis! Ile mam do nadrobienia. Siadam i czytam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia. Myślałam, że byłaś :)

      Usuń
  4. dziękuję za bardzo wartościowe komentarze! z tym szerszym bokiem ławki zdecydowanie coś jest!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbyś robiła badanie na grupie 25+, ja co prawda mało reprezentatywna dla jakiejkolwiek grupy jestem, ale może to akurat się przyda ;)

      Usuń