niedziela, 2 lutego 2014

O wyspie w kształcie wachlarza - David Mitchell "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"


Czytając o "kolejnej powieści autora Atlasu Chmur", czy "autorze, którzy popularność zdobył Atlasem Chmur", czuję się trochę w awangardzie. Bowiem Davida Mitchella odkryłam wraz z wydanym w 2003 roku Widmopisem - do dziś znajdującym się na liście moich ulubionych książek zbiorze opowiadań, czy może raczej powieści modułowej. Trzy książki później (jedną zdołałam jakimś cudem przegapić) mam wrażenie, że autor zmierza w innym kierunku, niż dotąd. Po Atlasie... spodziewać się można właściwie wszystkiego, każdego gatunku i konwencji, więc właściwie o zaskoczenie trudno. Jednak w Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta Mitchell zaskakuje właśnie tym, że rezygnuje z typowych dla siebie posmodernistycznych zabaw formą. 

Książka zaczyna się epizodem z całością historii związanym dość luźno, wprowadzającym postać, która pojawia się w fabule dopiero po pewnym czasie. Kilka stron dalej mamy już właściwe miejsce akcji: Dejimę - sztuczną wyspę u wybrzeży Japonii, gdzie znajduje się faktoria handlowa Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej na przełomie XVIII i XIX wieku. Bez zgody szoguna cudzoziemcom nie wolno zejść na ląd ani Japończykom opuścić kraju. Stąd handel odbywa się na sztucznej wyspie w kształcie wachlarza, za pośrednictwem tłumaczy i inspektorów. Tu właśnie poznajemy świeżo przybyłego Jakoba de Zoet - młodego urzędnika, który ma nadzieję przez kolejne pięć lat, które ma tu spędzić, zbić fortunę.Jest ambitny, pomysłowy i - na swoje nieszczęście - honorowy.

Pierwsza z trzech części, na które podzielona jest powieść, przypomina wszelkie książki opowiadające o zamorskich koloniach lub nawet obozach jenieckich. Zamieszkująca Dejimę społeczność ma swoją wewnętrzną strukturę, rządzi się własnymi prawami, a jej kontakt ze światem zewnętrznym jest mocno ograniczany. Poza tytułowym Jacobem jest to trochę portret zbiorowy. Życie biegnie swoim rytmem, załoga faktorii zderza się z obcą Europejczykom kulturą - a właściwie jej niewielkim skrawkiem, który Japończycy ujawniają. Z drugiej strony bardzo zhierarchizowane i sformalizowane, zamknięte na świat zewnętrzny społeczeństwo i jego relacje z obcymi, gildię tłumaczy, opata i sędziego patrzących na Holendrów z pewną wyższością, podczas gdy załoga faktorii stara się ugrać jak najwięcej dla siebie - nie tylko Kompanii i kraju, ale i zgarnąć ile się da do własnych kieszeni. Obraz Dejimy Mitchell maluje pokazując zawiłości handlu, ciągłego uczenia się przez tłumaczy i nie tylko, donosicieli, prób zrobienia kariery, zakazanych książek i nauk oraz tymczasowych żon. Jednocześnie uzupełnia go codziennymi rzeczami i zdarzeniami, pomiędzy zdania w dialogach wplatają smak owocu kaki, szczekanie ulicznego psa, czy opisy doznań takich jak jedzenie, czy muzyka, prawie zahaczające o synestezję.

Przez pierwsze około dwieście stron dostajemy dużo informacji, barwny portret zbiorowy mieszkańców Dejimy i dowód na to, jak starannie autor zdobywał informacje, przygotowując się do napisania powieści poniekąd historycznej. Niewiele mamy wydarzeń, które nadawałyby wyraźny kierunek fabule. Obok wewnętrznych rozstrzygnięć w faktorii, którą w kłopoty wpędziło realizowanie prywatnych interesów, najbardziej znaczącym wydarzeniem okazuje się spotkanie Jacoba z Aibagawą Orito - akuszerka z poparzoną twarzą, w której bohater zakochuje się z dnia na dzień i bez wyraźnego powodu, zapominając o czekającej w Zelandii narzeczonej. Nie będzie to jednak uczucie szczęśliwe.

Wydaje się też z początku, że tym razem David Mitchell nie zafunduje czytelnikom ani kilku odrębnych, chociaż powiązanych historii w jednej książce ani onirycznych i surrealistycznych fragmentów, które dopiero po chwili okazują się jedynie wytworem wyobraźni postaci, jak to było w Śnie numer 9. Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta zapowiada się na linearną fabułę bez niespodzianek jeśli chodzi o jej formę. I jako taka zaczyna budzić obawy, że ostatecznie okaże się nudna.

Druga część jednak przynosi zmianę perspektywy, zostawiając na dłuższy czas Jacoba. I chociaż nadal jest to ta sama powieść, w tych samych realiach, pisana tym samym językiem - to przez moment bliżej mu do Haruki Murakamiego, z niepojętymi rzeczami wyglądającymi nagle spod płaszcza rzeczywistości, niż do "azjatyckich" powieści Jamesa Clavella. Trzecia część z kolei to następny zwrot akcji i zupełnie nowi bohaterowie dosłownie pojawiający się na horyzoncie. Tym razem przypomina troszeczkę powieść przygodową. Na koniec wszystkie trzy wątki splatają się zgrabnie w zakończenie, może mało konkretne, inne, niż można było się spodziewać, ale po prostu ładnie zamykające powieść. Pod koniec pomyślałam, że byłaby to książka, którą można dobrze zekranizować. Ostatnie sceny wręcz pojawiły mi się przed oczami jako bardzo wyraźne ruchome obrazy.

Szkoda, że autor niezwykle dokładnie odmalowując świat, w którym rozgrywa się akcja, mniej starannie szkicuje bohaterów. Mieszkańcy Dejimy trochę zlewają się w jedno. Każdy oczywiście ma imię, nazwisko i funkcję, a nawet swoją biografię - jednak poza paroma jednostkami reszta pozostaje tłem, częścią grupy. Nawet tytułowemu Jacobowi brakuje trochę "ludzkich" cech: drobnych przyzwyczajeń, skrywanych marzeń, obaw, czy głębszej motywacji dążeń i podejmowanych decyzji. Wyrazistością przewyższa go chociażby medyk z Dejimy, czy panna Aibagawa, którą i tak poznajemy tylko przez pryzmat tego, co jej się przydarza. Zawiedzeni pewnie będą też ci, którzy spodziewali się powieści o tajemniczym Kraju Kwitnącej Wiśni, z elementami magiczno-romantycznej konwencji. Ja wolałam Mitchella jeszcze nawet przed Atlasem Chmur, gdy bardziej zamiast na budowaniu realiów skupiał się na oryginalnych pomysłach. Jednak po następną jego książkę i tak sięgnę na pewno, bo to autor, po którym nigdy nie wiem, czego mogę się spodziewać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz