wtorek, 6 maja 2014

Ryżowo-owocowe curry z mlekiem kokosowym - oraz co to ma wspólnego z Neilem Gaimanem i dlaczego mam z tym autorem problem

Połączenie curry z mlekiem kokosowym okazało się być dokładnie tym, co lubię. I chociaż tego typu potrawy zwykle (przynajmniej u mnie) sfotografowane nie wyglądają jakoś nadzwyczaj apetycznie - to na pewno moje curry było o niebo lepsze niż to, które jedli bohaterowie "Nigdziebądź" Neila Gaimana. Była to potrawa aromatyczna, gorąca, sycąca i całkiem niezła, w smaku jednak o niemożliwym do rozszyfrowania składzie. I może tak było lepiej. Kawałek mięska? Szczur? kot? Oj, żeby tylko!

Moje curry składników aż tak niewiadomego pochodzenia nie zawiera, jest raczej łagodne, wręcz słodkie i bardzo proste w przygotowaniu. W dodatku bardzo mało zostaje po nim zmywania, bo wszystko robimy w jednym garnku.

Zanim jednak przejdę do przepisu, kilka słów o autorze, którego powieść curry przywiodło mi na myśl. Właśnie wspomniane "Nigdziebądź" to jedna z ulubionych moich książek Gaimana, a może nawet ulubionych w ogóle. Przynajmniej jeśli chodzi o fantastykę o klimaty pokrewne. Właściwie chyba właśnie przez tę pozycję swego czasu zainteresowała się urban fantasy. "Nigdziebądź" opiera się na pomyśle może nie wybitnie oryginalnym, jednak dosyć ujmującym. Otóż niejaki Richard Oliver Mayhew, dość przeciętny młody człowiek, który ma "pracę, narzeczoną, dom i sensowne życie, o ile w ogóle życie może mieć sens", znajduje się przypadkowo w niefortunnym (hmm, a może wcale nie) miejscu i czasie. Na skutek tego zostaje wplątany w sensacyjną historię. Niby się zdarza. Tyle że Richard trafia do Londynu Pod, o którego istnieniu mieszkańcy "zwykłego" świata nie mają pojęcia. Okazuje się, że poza codziennym, widocznym światem, znanym, przewidywalnym i względnie bezpiecznym, istnieje jeszcze inny, niezauważalny. Zaludniony przez stworzenia z mitów, baśni, szekspirowskich dramatów i miejskich legend, kryje się w tunelach londyńskiego metra. W tym świecie nazwy stacji okazują się zupełnie dosłowne, jak Earl's Court, cz Knightsbridge. Są też stacje w Londynie Nad opuszczone, czy też miejsca, po których na powierzchni nie został żaden ślad. Zazwyczaj dosyć złowrogie. W miejscach tych życie toczy się jakby poza czasem, a chociaż ścieżki mieszkańców "góry"" i "dołu" czasem się krzyżują, to z Londynu Pod, zamieszkanego przez zapomniane istoty i ludzi, którzy nie pasują nigdzie w świecie na powierzchni, nie ma już drogi powrotnej. I pod żadnym pozorem nie można zbliżać się do krawędzi peronu. Richard, który kilka dni później nie ma już narzeczonej, domu ani pracy i wędruje "sto metrów pod ulicami Londynu z perspektywą życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych", spotyka tu, oprócz dziewczyny o imieniu Drzwi, która przypadkowo wplątała go w to wszystko, m. in. ekscentrycznego Markiza, noszącego płaszcz z pór i mieszkającego w namiocie na dachu, czy anioła Islingtona (zgadnijcie, na jakiej stacji mieszka), który nie jest wcale miłym gościem, jak można by się spodziewać. Trochę też, jak w klasycznych historiach w rodzaju "Czarnoksiężnika z Oz", zmuszony przez okoliczności odkrywa cechy i zdolności, których by u siebie nie podejrzewał, z poukładanego i nie wychylającego się raczej japiszona zmieniając się w bohatera. "Nigdziebądź" nie jest może powieścią odkrywczą, nie porusza ważnych dla świata i kondycji ludzkości spraw (chociaż jak dla mnie całkiem ważne jest, by starać się być odważnym i uczciwym i odkryć swoje miejsce - ale wiadomo, o innej płaszczyźnie mówimy). Może nawet łatwo przewidzieć, jak się skończy - chociaż liczba możliwych zakończeń zwykle jest ograniczona, liczy się więc przede wszystkim to, co po drodze. Ale to bardzo dobra rozrywka, z zabawnym często językiem i barwnym światem, po którym nie do końca wiemy, czego można się spodziewać. Może cały jej urok polega na tym, że pokonując regularnie drogę z pracy do domu, chciałoby się chociaż pomarzyć, że gdzieś pod powierzchnią kryje się coś jeszcze.

Lubię książki, o których można powiedzieć, że są w jakiś sposób bajkowe. Dlatego bardzo lubię też "Gwiezdny pył". Jeśli chodzi o Gaimana, podobała mi się także komiksowa seria o Sandmanie. Nie czytałam jeszcze "Amerykańskich bogów", ale jestem prawie pewna, że przypadną mi do gustu, chociaż to zupełnie inny rodzaj opowieści. Jednak bywa i tak, że Gaiman mnie nie zachwyca. Choćby taka "Koralina" - niby opowieść dla dzieci, ale wiadomo, że sięgną po nią fani pisarza, którym bliżej do dorosłości. Kiedy sięgnęłam po nią parę albo i więcej lat temu, nasłuchawszy się wcześniej, że to trochę współczesna "Alicja w Krainie Czarów", byłam zawiedziona. Nie tym, że książka jest źle napisana, że czegoś konkretnego jej braknie w warstwie fabularnej, językowej, czy w polskim tłumaczeniu. Po prostu nie zadziałała na mnie na poziomie emocji. Tłumaczyłam sobie, że widocznie Gaiman nie trafił akurat w moje marzenia i lęki z dzieciństwa, inaczej na pewno wzruszałabym się albo chowała ze strachu pod kołdrę pomimo wiedzy, iż to lęki wyimaginowane. Jednak nie. Ubiegłoroczny "Ocean na końcu drogi" był jedną z tych książek, na które czekałam. Autor "Nigdziebądź", bajkowy klimat dziecięcej wyobraźni, tak jak lubię, taka ładna okładka... Zamówiłam, odebrałam w dniu premiery, odłożyłam na kilka dni, by się cieszyć najpierw tym, że ją mam... Przeczytałam i... nic. Chociaż fabuła tej książki wywołała, ku mej uciesze, trochę skojarzeń zarówno ze wspomnieniami z dzieciństwa, jak i z ostatnio odkrytymi wytworami popkultury, ostatecznie jednak okazała się wydmuszką. Zamknięta w pięknym wydaniu, z ładną ilustracją na okładce, historyjka okazała się wystarczać na jedno popołudnie. Nie dlatego, że to ledwie ponad dwieście stron. Dlatego, że nie była ani pełna wydarzeń i detali, ani  nie zdołałam w trakcie lektury nasycić jej treściami własnymi, gnieżdżącymi się w umyśle. W dodatku wydała mi się w jakiś sposób podobna do "Koraliny", chociaż pewnie przyrównać je można tylko pod względem samego klimatu.

I dlatego z Gaimanem mam problem. Podoba mi się jego osobowość, czy też marketingowy wizerunek faceta w czerni, mieszającego dokładnie w takiej odległości od Londynu, w jakiej ludzie wyrzucają niechciane koty, które on z rodziną przygarnia. Jednak jego twórczości nie potrafię "kupić" w całości. Spotykam się zwykle albo z wielkimi fanami prozy Neila Gaimana, którzy książki i komiksy niemal znają na pamięć, albo z tymi, którzy uważają, że są puste, wtórne i nudne. A jestem gdzieś pośrodku. Są książki, które uwielbiam i takie, które nie robią na mnie wrażenia ani trochę.

A Wy czytaliście? W której jesteście grupie? A może macie jakiś pomysł, co przegapiłam, że mnie "Koralina" nie zachwyciła?


A teraz czas na przepis na żółte owocowo-ryżowe curry z mlekiem kokosowym.


 Na 2-3 porcje potrzebne będą:

szklanka ryżu
duża puszka (400 mln) mleka kokosowego
2 banany
pół puszki ananasa
przyprawa curry (koniecznie z tych w proszku, w słoiczkach mają inne składniki i pasują bardziej do potraw ostrych niż na słodko), sól, pieprz, cynamon, imbir


Przygotowanie:

Ryż wsypujemy do garnka, dodajemy szklankę wody i szczyptę soli. Gotujemy na małym ogniu. Kiedy zacznie trochę wchłaniać wodę dodajemy mleko kokosowe i przyprawy. Curry nigdy nie oszczędzam, pół paczki to u nie minimum. za to z cynamonem lepiej nie przesadzić, by całość nie nabrała gorzkawego smaku, a imbir, za którym właściwie nie przepadam dodaję w ilościach niemal homeopatycznych. Zresztą te dwa nie są obowiązkowe. Najważniejsze, co "robi" nam tutaj smak to dużo curry i mleko kokosowe.


Gotujemy na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż ryż nie zrobi się zupełnie miękki. (Zajmie to kilkanaście - dwadzieścia minut. Wydaje mi się, że więcej, niż gotowanie go w samej wodzie. Z początku wydaje się, że płynów jest za dużo i zostanie zupa, jednak wszystko ładnie wchłonie się i odparuje w trakcie). Wtedy dodajemy pokrojone w półplasterki banany i odsączone z zalewy kawałki ananasa. Mieszamy, podgrzewamy jeszcze chwilę i gotowe. Żeby ładniej wyglądało, można przed podaniem np. posypać cynamonem.


 Oczywiście nie jemy nad książkami, zwłaszcza potraw, którymi łatwo wybrudzić otoczenie (i zwłaszcza nad cudzymi książkami - raz ktoś tak zrobił, gdy pożyczyłam jedną ze swych ulubionych i to jest jedna z nielicznych rzeczy, których nie wybaczam i nie zapominam). Po zrobieniu zdjęć zaraz książkę odłożyłam.

P.S.
Gdyby ktoś był zainteresowany, a nie wiedział: Gaiman napisał scenariusz do dwóch
odcinków Doctora Who.

16 komentarzy:

  1. Nigdziebądź - tak, Amerykańscy bogowie - BARDZO, Sandman za rzadko wychodził i nie dałam rady całego zgromadzić, czytałam jakieś urywki, wiec trudno lubić/nie lubić. Ostatnio polubiłam Ocean na końcu drogi i kupione w zamierzeniu dla Majuta Wilki w ścianach (ze względu na obrazki). A reszta taka jakaś hochsztaplerska - świetny język, ale albo fabuła pretekstowa, albo autoplagiat czy twórcze rozwinięcie mema czy wątku skądś.

    A curry brzmi jak coś, co chcę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O "Wilkach..." zupełnie zapomniałam, że w czasach nie zarabiania jeszcze na swoje książki były obiektem moich pragnień. Niespełnionych. Muszę nadrobić.

      Usuń
  2. Nie czytałam jeszcze nic Gaimana, moja sterta książek "do przeczytania" ciągle rośnie, a ja inteligentnie sobie ciągle przynoszę kolejne z biblioteki... Z Twojego opisu - nie wiem czy by mnie zainteresowało. Pewnie tak, ale na innym etapie życia, na innej fazie literackiej (aktualnie półki uginają mi się od książek o samodoskonaleniu i psychopatologii). Może jak zmęczą mnie aktualne wątki, będę miała ochotę na coś bardziej fantastycznego ;)

    A potrawa... chyba mnie nie przekona. Sprawia wrażenie strasznie słodkiej papki :D A jedyne słodkie czym się zachwycam to kawa i bita śmietana ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, ja właśnie curry lubię bardziej słodkie niż ostre. Będę wiedziała, czym Ciebie nie częstować ;)
    Fazę samodoskonalenia miałam przed fazą powrotu do dzieciństwa i magii. A w międzyczasie nawet krótką fazę czytania powieści obyczajowych o kobietach dręczonych w związkach. Na zasadzie: jedną półkę w bibliotece przerobiłam, to lecimy następną. Jakbyś chciała Gaimana spróbować, to chyba najprędzej "Amerykańscy bogowie" by Ci mogli podejść.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda na to, że Gaimana lubię dokładnie za te powieści, które Tobie nie spasowały :). Znaczy nie wiem dokładnie, bo Koraliny nie udało mi się jeszcze dorwać, ale na nazwisko Gaiman mój mózg reaguje "Księgą cmentarną", "M jak Magia", "Oddem i Lodowymi Olbrzymami", no i właśnie "Oceanem na końcu drogi", którą uważam za bardzo typową dla tego autora mieszanką mroku i sielskości. Za to przez "Nigdziebądź" nie udało mi się przebrnąć dalej niż do 1/3 objętości po trzech próbach (dlatego też ominęłam sporą część Twojej notki z obawy przed spoilerami ;)). Jestem pewna, że będę próbować dalej, bo ta potrzeba we mnie narasta i puchnie, ale jeszcze nie teraz. I jestem też niemal pewna, że jak już ją przeczytam, to powiem, że było warto.
    A'propo, "Ocean..." bardzo mi się skojarzył z odcinkiem Doctora Who, "Father's day", i było to bardzo ogrzewające serce odkrycie. ;)

    Obecność imbiru w curry mnie odstrasza, choć jeśli kiedyś przypadkiem wpadnie w moje ręce mleko kokosowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imbir nie jest obowiązkowy. Też za nim nie przepadam, mam awersję od kiedy kupiłam jakąś herbatę z imbirem - kiedy przestygła była ohydna. Więc mogę zjeść w gorących daniach w malutkiej ilości, ale zwykle unikam.

      "Doktora", przyznam się, nie oglądam, chociaż znam - wiem, co to Tardis, o co chodzi i nawet niektóre odcinki wiem, o czym są, oglądałam ostatnio składankę najlepszych scen na YouTube i zdarza mi się do Doktora nawiązywać. Ale aktor grający dziewiątego Doktora mi nie pasował i porzuciłam oglądanie. Z zamiarem powrotu kiedyś. Może zacznę od tej serii z Tennantem od razu?

      Co do "Oceanu...", to ja chyba sobie za duże nadzieje robiłam, nakręcałam się, że wyjdzie w miesiącu moich urodzin i ma taką ładną okładkę - a potem okazało się, że to miła historyjka na jedno popołudnie.
      Coś konkretnego Ci w "Nigdziebądź" nie pasowało czy po prostu nie ten klimat?

      Usuń
    2. Właśnie przechodzę fazę bycia obrażoną na dziesiątego, że nie jest dziewiątym, więc... Nie wiem, na ile warto zaczynać od dziesiątego. Lubię Ecclestona jako Doctora. Ale tak swoją drogą, ostatecznym powodem, dla którego siadłam i obejrzałam, była wiadomość, że Gaiman napisał odcinek :).
      Co do "Nigdziebądź", to nie wiem. Chyba przerósł mnie poziom absurdu, czy coś... Albo po prostu trafiałam na ten czas, kiedy byłam zbyt zaangażowana w inne rzeczy, żeby poczuć tę książkę.

      Usuń
    3. Fakt, absurdu tu nie brakuje. I jest dosyć specyficzny, chyba przez pomieszanie wielu różnych rzeczy i umieszczenie ich pod powierzchnią współczesnego świata. Ale kilka postaci i wydarzeń jest w tym wszystkim przeuroczych.

      Usuń
  5. Takie curry to ja na pewno zrobię :D... :). Mniam!
    A książek Gilmana nie czytałam :(... Może nadrobię w wakacje ?

    ps. czy weryfikacja obrazkowa jest konieczna? Bardzo utrudnia komentowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyłączyłam weryfikację. A przynajmniej spróbowałam i mam nadzieję, że się udało :) Nawet nie wiedziałam, że ją mam, szczerze mówiąc, bo we wszelkich sprawach technicznych bywam skończoną ofiarą losu.

      Usuń
    2. Patrząc po Twoim zdjęciu profilowym, upięcie z warkoczy będzie Ci bardzo pasowało :)
      A co do Gaimana, ja akurat go kupuję w całości, więc Koralinę też, może dlatego, że sama mam dziecko, Koralina mi przypomina, że trzeba pilnować, żeby nie poszło szukać małych drzwiczek :) A film widzialaś? Jest bardzo ładnie zrobiony.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Patrząc po Twoim zdjęciu profilowym, upięcie z warkoczy będzie Ci bardzo pasowało :)
    A co do Gaimana, ja akurat go kupuję w całości, więc Koralinę też, może dlatego, że sama mam dziecko, Koralina mi przypomina, że trzeba pilnować, żeby nie poszło szukać małych drzwiczek :) A film widzialaś? Jest bardzo ładnie zrobiony.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Zdjęcie jest ze steampunkowego LARPa.
      O tak, ekranizacja mi się bardzo podobała.

      Usuń
  7. Gaimana bardzo lubię: zwłaszcza "Nigdziebądź" (ktoś ważny dla mnie polecił mi tę książkę, może więc przeniosłam sympatię z dziewczyny na powieść ;), "Ocean na końcu drogi" i "Księgę cmentarną". W sumie to "Gwiezdny pył" też miło wspominam. A "Koralinę" odebrałam mniej więcej tak jak ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Gwiezdny pył" jest bajkowy w taki sposób, jak lubię. Ostatnio komuś tłumaczyłam, że to podobne nieco do "Złotego kompasu" Pullmana, chociaż tam jest trochę steampunkowo, a tutaj czysta baśniowość.

      Usuń
    2. O, to znaczy, że muszę przeczytać "Złoty kompas"! Do tej pory jakoś go omijałam, sama nie wiem, jak to się stało.

      Usuń