niedziela, 1 czerwca 2014

Zróbcie sobie czasem wolne od świata


Podobno istnieje coś, co nazywa się FOMO - fear of missing out. Podobno to jedna z bolączek dzisiejszego świata, który to człowiek sobie stworzył, ale ewolucyjnie i psychicznie za nim nie nadąża. Czytałam o tym zjawisku, połączonym z potrzebą bycia stale online i w zasięgu. Mnie tymczasem dopadło FOMO "w realu".

Poza rzeczami, którymi po prostu trzeba się zająć lub poświęceniu się (nie zawsze o ilości czasu decydując dobrowolnie) działalności zarobkowej, chciałam jak najwięcej być między ludźmi, których lubię, robiąc rzeczy, które mnie rozwijają i sprawiają frajdę. Ale i z tym można przesadzić. Zapomniałam, że czasem potrzeba chwili wyłącznie dla siebie. Czasu poza światem zewnętrznym zostawiałam sobie jedynie tyle, by zrobić pranie i odkurzyć. Bałam się, że ominie mnie coś, o czym będzie można rozmawiać przez kolejne dni. Że ktoś zrobi coś wspaniałego, a ja nie będę miała w tym żadnego udziału. Że stracę okazję, żeby pokazać, że mogę przy czymś pomóc, bo jestem w tym dobra lub przynajmniej najlepsza z akurat obecnych w pobliżu i zainteresowanych tematem. Bałam się, że coś przegapię, nie zauważę, że ktoś mi coś sprzątnie spod nosa. Przegapiłam to, że rzeczywiste problemy, z którymi muszę coś zrobić, sprawiają, że potrzebuję więcej, niż pół godziny spaceru z słuchawkami w uszach, by odzyskać spokój i energię. Nie na wszystko miałam - i mam - wpływ, ale na pewno w ostatnim czasie tam, gdzie mogłam, wcale sobie nie pomagałam. Wpadałam w zastawiane przez samą siebie pułapki, tracąc zdolność racjonalnego przekonania tych części mnie, które stosują wyjątkowo głupie mechanizmy obronne, że tak nie trzeba i że nie mają racji. W efekcie starałam się być zawsze obok, pod ręką i gotowa do działania, ale jednocześnie nie byłam wstanie skupić się na tu i teraz, być naprawdę. Nie chcąc niczego przegapić, ale tłumiąc wiarę w siebie i przez to nie mogąc w niczym w pełni uczestniczyć. Jeszcze chwila i wszystko zdawałoby się odbitką odbitki odbitki, niczym u cierpiącego na bezsenność bohatera "Fight clubu".

Tygodniami, jeśli nie miesiącami, hodowałam sobie lęki, przybierające najróżniejsze abstrakcyjne formy. Hodowałam nocne koszmary, których nie pamiętam ani trochę, ale wydaje mi się, że to przez nie zdarzało mi się budzić o jakichś zupełnie niemożliwych godzinach w środku nocy czując, że nie mogę oddychać. Hodowałam ciągłe napięcie, które sprawiało, że siedziałam skulona, zwinięta w kłębek, otulałam się własnymi ramionami i nikomu nie pozwalałam się zbliżyć. Milczałam, udając niezainteresowaną, starałam się przychodzić ostatnia i wychodzić pierwsza, by unikać swobodnych rozmów. Bo wyhodowałam sobie lęk, że mogę nie być dość dobra (inteligentna, interesująca, ładna, elokwentna, zorientowana w bieżącym stanie różnych dziedzin). Czułam, jakbym miała w środku mechanizm z popsutą sprężyną lub układankę bez jednego elementu. I jakoś nic nie chciało wskoczyć na swoje miejsce.

Tak było do popołudnia, kiedy  zajęłam się rzeczą, którą robię na raty, po trochu, i tym razem z chwili zrobiło się kilka godzin, nawet nie spostrzegłam kiedy. Olśniło mnie naraz, że potrzebowałam po prostu zrobić sobie "dzień introwertyka". Że przez cały ten czas zapomniałam naładować baterie. Chociaż dawno już nauczyłam się, że to nic złego po prostu nie mieć ochoty wyjść do ludzi.

Drodzy introwertycy, nigdy nie zapomnijcie, że aby naładować baterie potrzebujecie czasem dnia (lub choćby chwili, ale uważnie przeżytej i dobrze wykorzystanej) bez ludzi. Nawet bez tych, których kochacie. Zróbcie sobie czasem wolne od świata. Świat się nie zawali, nawet jeśli wam się wydaje, że tylko wy możecie temu w tej chwili zapobiec. Kiedy wyglądałam ostatnio przez okno, wszystko było na swoim miejscu. A jeśli miałoby mnie ominąć coś wielkiego albo ktoś miałby mi coś sprzątnąć sprzed nosa - te kilka godzin i tak chyba nie zrobi różnicy.


P.S. Zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy wydawało mi się, że "jestę fotografę", jak to się mówi na Facebooku, o którym wówczas nikt jeszcze nie słyszał.

12 komentarzy:

  1. Poczucie, że coś mnie omija, towarzyszy mi prawie nieustannie, dlatego... zrezygnowałam z większości sposobów łączenia z tym światem, w którym ludzie chwalą się kilka razy dziennie, co robią, co jedzą i gdzie idą. Wtedy okazuje się, że jak się z nimi porozmawia bez pośrednika w formie komputera, to mają tak samo nieciekawe (albo tak samo ciekawe, zależy od punktu wyjściowego) życie jak ja - robią mniej więcej tyle samo, tylko głośniej ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech się chwalą, jak mają potrzebę ;) Czasem by się chciało wyłączyć powiadomienia, ale jest ryzyko, że się przegapi coś inspirującego albo wołanie o pomoc. Więc do tych, u których nawet to, co jedzą i gdzie idą jest ciekawe, bywam co jakiś czas choćby wirtualnie, a z resztą świata nie zaprzyjaźniam się na siłę, tylko płynę obok.

      Usuń
  2. Zawsze tak mam, myślałam, że to tylko u mnie jakieś niedowartościowanie powoduje to, ze chcę być zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Boję się, że coś mnie ominie, że ktoś bawi się lepiej ode mnie. Cały czas z tym uczuciem walczę, muszę odnaleźć swoja wartość, żeby mieć gdzieś to, co robią inni i cieszyć się z tego co robię ja, niezależnie od tego gdzie i z kim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak u Ciebie, ale mam pewną teorię, czemu ja tak mam: przegapiłam moment, kiedy młody człek się zaczyna interesować tym, czy jest ładny, lubiany, ważny i potrzebny i teraz nigdy nie będę tego pewna. Więc trzeba z tym żyć teraz i nauczyć się nie przejmować.
      A kiedy mnie strach przed przegapieniem czegoś dopada, nie jestem pewna, czy rzecz w tym, że świat się zawali, jak nie spojrzę i nie podpowiem, co zrobić, czy właśnie w tym, że świat się nie zawali, więc inni uznają, że nie jestem potrzebna ;)
      Wpadłam kiedyś na coś ciekawego a propos niedowartościowania - okazuje się, że można mieć samoocenę wysoką, ale niestabilną. Zdziwiłam się najpierw, ale kiedy przeczytałam, jak to działa, stwierdziłam, że opis do mnie pasuje. Podrzucę Ci ten artykuł, jeśli go znajdę kiedyś.

      Usuń
  3. Chyba jestem niemodną nastolatką, ponieważ jakoś nie posiadam chęci uczestniczenia w życiu prowadzonym w sieci. Nie licząc Bloggera, oczywiście - ale to coś zupełnie innego, prawda? :)
    Pozdrawiam i ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nastolatką nigdy nie byłam, jeśli wierzyć, że pewne rzeczy "trzeba" w tym czasie, by potem móc prowadzić ustabilizowane życie ;)
      Nie ma nic przeciw portalom społecznościowym, dopóki są narzędziem, wymianą inspiracji i szybką drogą do umówienia się na spotkanie, czy zaproszenia na wydarzenie, a nie miejscem "hejterskich" dyskusji i wrzucaniem zdjęć, które nikogo nie obchodzą. Natomiast z innych sposobów komunikacji przez Sieć wolę zdecydowanie długie maile niż chaty i blogi niż fora - mam wrażenie, że dyskusje się prowadzi zupełnie inaczej, na blogach i w ich komentarzach jest więcej ciekawości kim jest osoba po drugiej stronie kabla/wi-fi, a na forach ludzie lubią pokazywać, że mają rację. Chociaż nie chcę generalizować, to moje odczucia po jakimś tam małym wycinku świata. Tak obok tematu mi się myśl rozwinęła.
      P.S. Fajny login :)

      Usuń
  4. Uświadomiłaś mi, że dnia introwertyka nie miałam od bardzo dawna. Dziecko sprawia, że wypada się ze strefy komfortu z wielkim hukiem. A póki go nie ma... trzeba umieć cieszyć się samotnością. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja mam jakby na odwrót: nieraz całe dnie spędzam sama ze sobą (ewentualnie z rodzicami) i nie czuję żadnej potrzeby uczestnictwa w życiu społecznym. Aż muszę się zmuszać do spotkań w większym gronie.
    Czytałam też komentarze pod wpisem i zaintrygowały mnie twoje spostrzeżenia dot. dyskusji blogowych. W zasadzie rzadko udzielam się na forach, ale przez jakiś byłam aktywna na Mirriel i podobały mi się prowadzone tam rozmowy. Nawet jeśli nie pisałam dłuższych odpowiedzi, często byłam takim cichym uczestnikiem, podczytywałam i zastanawiałam się nad poruszanymi sprawami. W blogosferze natomiast nie zawsze udaje mi się nawiązać rozmowę, ale może to ja jestem nieudolna, poza światem wirtualnym też mi to zupełnie nie wychodzi. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak miałam :) Potrafiłam między dwoma rzeczami do zrobienia "na mieście" wejść do domu na 10 minut, żeby wypić herbarę. Z natury jestem domatorką, a jak już zacznę wychodzić do ludzi, to łatwo przesadzić w drugą stronę.
      A co do forów oczywiście generalizować nie można, ja tak to odbieram, ale ludzie są różni i wszędzie można trafić na pomocnych albo na takich, dla których liczy się tylko racja, a nie spokój. Z drugiej strony też bywają na pewno blogi, gdzie nowym ludziom w komentarzach trudno się przebić. Mnie się już kilkanaście komentarzy wydaje nie do ogarnięcia (a potem ogarniam jakoś), a gdzie jest po kilkaset - zastanawiam się milion razy, czy moje zdanie kogoś obejdzie. Mirriel nie znam, ale nazwa mi się z fantasy kojarzy :)

      Usuń
    2. Słusznie ci się kojarzy, najpierw to było forum poświęcone Harry'emu Potterowi, potem przeszło w forum literackie. Teraz są tam też działy poświęcone filmom, serialom itd.
      Czasami trafiam na blogi, gdzie widzę kilkaset komentarzy, ale wiele z nich to jednozdaniowe wypowiedzi, które trudno rozwinąć w dyskusje, pewnie więc da się je jakoś ogarnąć. :) A może to tylko ja mam taki problem: nie odpisuję bezpośrednio na każdy komentarz, jeśli nie mam nic nowego/ciekawego do dodania. Potem, oczywiście, pocę się ze stresu, bo może kogoś uraziłam tym milczeniem.
      "blogi, gdzie nowym ludziom w komentarzach trudno się przebić" - Mnie czasem najbardziej przytłacza sam(a) autor(ka). Niektórzy są nie tylko charyzmatyczni, inteligentni, ale i onieśmielający. No i wtedy tylko podczytuję w ciszy.

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że nikt w świecie na serio się obraża za nieodpisywanie na wszystkie "fajnie, ładnie, miło, lubię to". W końcu na "fejsie" czy "w realu" też się temat kiedyś naturalnie wyczerpuje nie można w nieskończoność kiwać głową i dziękować. W realu jest łatwiej, bo uśmiech wystarczy.
      Kiedyś bardzo mnie onieśmielali ludzie, którzy wydawali się ponadprzeciętnie inteligentni, elokwentni, a jeszcze przy tym zazwyczaj piękni i tacy, których wszyscy słuchają z zainteresowaniem. Ale po pierwsze to, że ktoś ma charyzmę i wzbudza podziw nie znaczy, że w środku zawsze jest całkowicie pewien siebie. Po drugie, nawet jeśli powiem lub zrobię coś głupiego (w takim towarzystwie o to łatwo, na zasadzie kontrastu, myślałam sobie), czemu ktokolwiek miałby to zauważyć i zapamiętać? A nawet jeśli - przynajmniej mnie zapamięta, więc chyba lepiej wyskoczyć z głupim pytaniem, niż przytakiwać, że wiem wszystko. Czasem trzeba się przekonać, żeby się przy kimś odezwać. I wtedy okazuje się, że to nie żaden bóg na Olimpie, a w porządku człowiek, z którym też można pogadać o głupotach. Mnie kilka razy pierwsze wrażenie zawiodło, kiedy ktoś wydawał się zarozumiały, a tak naprawdę zachowywał się po prostu dla siebie naturalnie, a że miał większy zasób wiedzy, doświadczeń i słów, to tak wyszło. Łatwo też pomylić, wbrew pozorom, arogancję z wycofaniem. Zdarzyło mi się zaobserwować, że tak działa czasem taki psychiczno-społeczny pancerz ochronny. Ale jakoś już schodzimy z internetowego tematu. :)

      Usuń