sobota, 12 lipca 2014

Takeshi w krainie tajemnych zakonów i japońskich bogów


Twórczość Mai Lidii Kossakowskiej zawsze była trochę moim wyrzutem sumienia. Bo nie przegapię nigdy spotkania autorskiego na żadnym konwencie, na którym akurat jestem, uwielbiam słuchać o kotach, krewetkach i japońskich demonach, a nie znam do tej pory jej "flagowych" dzieł. Jednak aż trudno mi sobie wyobrazić, że cyklem anielskim, czy "Zakonem Krańca Świata" mogłyby zachwycić się aż tak jak książkami, które miałam ostatnio okazję przeczytać.

"Takeshi. Cień Śmierci" to właściwie rzecz, na którą czekałam, od kiedy usłyszałam, że powstaje. Nie dlatego, żebym to ja miała czekać na wszystko, co japońskie - w wydaniu tradycyjnym i starożytnym owszem, Kraj Kwitnącej Wiśni mnie fascynuje, kiedy mam okazję czegoś się o nim dowiedzieć, natomiast nie piszczę z zachwytu nad każdym wytworem dzisiejszej popkultury. Czasem chętnie obejrzę, czy przeczytam, ale jestem raczej wybredna. Tak więc na "japońską" książkę Kossakowskiej czekałam nie dlatego, że jest japońska, ale dlatego, iż po kilku konwentowych prelekcjach i panelach spodziewałam się, że autorka jest w tym dobra.

Nie zawiodłam się. Mój ulubiony kot nekromanta o rozdwojonym ogonie oczywiście musiał się pojawić.  Równie znakomicie radzi sobie z tworzeniem światów, utkanych w dużej mierze z inspiracji, nawiązań i odniesień. Cała akcja rozgrywa się więc na skolonizowanej dawno temu planecie, która po wielu setkach zapewne lat przeżywa nieunikniony regres. Mnie przynajmniej kojarzy się z "Extensą" Jacka Dukaja, z jednym z epizodów "Atlasu Chmur" mojego ukochanego Davida Mitchella, czy z opowiadaniem samej Kossakowskiej, zatytułowanym "Smętek". Nie wydaje mi się, że te konkretne podobieństwa klimatu były celowe, raczej to po prostu nieuniknione skojarzenia. Równie dobrze można by tu wymienić mnóstwo innych rzeczy. A ja po prostu lubię tropić odniesienia - konkretne, jednostkowe, jak i ogólniejsze kulturowe trendy. W tymże przedstawionym świecie, a przynajmniej na kontynencie, gdzie rozgrywa się akcja, społeczeństwo  przypomina feudalną Japonię, łącznie z jej wierzeniami, a także ze szczyptą zjawisk nadprzyrodzonych i magii, które tutaj najwyraźniej działają naprawdę. Losy tytułowego Takeshiego, który sam chciałby zerwać z mroczną przeszłością - a przynajmniej ma powody, by się starać, tyle że oczywiście przebieg wydarzeń nie bardzo mu na to pozwala - splatają się z przyjaciółmi i wrogami, ludźmi z jego przeszłości - wędrownym mnichem, który nie do końca jest tym, kim jest, i dawną miłością, z drugiej strony z personami, zdawałoby się dość przypadkowymi, jak nastoletnia Haru, córka wójta małej wioski, która roi sobie, że jest księżniczką, czy też tych, po których można się spodziewać,  że pociągają za sznurki - panów prowincji i gangsterów z najemnymi bandami. Swój udział w splataniu cieniutkich nitek losu w jeden wzór mają też zakony wiedzy, jedne powszechnie poważane, których adepci najmowani są zupełnie jawnie i dosyć chętnie, inne kontrowersyjne i obrosłe legendami sugerującymi, że bezpieczniej trzymać się z daleka.

Świat "Takeshiego" wydaje się tak przepełniony pomysłami zapożyczonymi i autorskimi - bo jest też parę innych motywów, które w twórczości Kossakowskiej już się pojawiały, są zdrady, spiski, pojedynki i dawne miłości,są zmiennokształtne istoty, są wyczerpujące szkolenia adeptów, niczym przyszłych wiedźminów - że gdyby wymienić je wszystkie, wydawałoby się to przeładowane. Tymczasem wszystko jest na swoim miejscu i najwyraźniej ma sens. A po ostatnim zdaniu napisane jest "Koniec tomu pierwszego". Z jednej strony nie mam pojęcia, czego się spodziewać jeśli chodzi o kierunki poprowadzenia akcji w kolejnych częściach cyklu. Z drugiej jestem pewna, że ten świat ma w sobie jeszcze niejedną tajemnicę do odkrycia. Nie zdziwiłabym się nawet, gdyby w pewien sposób okazał się czymś podobnym do "Pana Lodowego Ogrodu". Ale mogę zupełnie się mylić.

Największą jednak przyjemność podczas czytania tej książki sprawił mi sam język, jakim jest napisana. W jakiś sposób niemal wymykający się wyjaśnieniom niezwykle plastyczny i obrazowy, oddziałujący na wszystkie zmysły, jakby składał się z dźwięków, faktur i kolorów zamiast drukowanych literek. Wykorzystywany umiejętnie dla prowadzenia akcji, kiedy trzeba potoczny, innym razem poetycki. Z jednej strony "zabełkotał gruby koleś o nalanym, czerwonym ryju, który wpędziłby w depresję wieprza", a z drugiej "Widocznie to była noc rozczarowań. Gorzka jak wywar z korzenia lilii, podobnie trująca, choć z początku złudnie słodka w smaku". Własny język ma każdy z bohaterów, bo choć autorka cały czas pisze w trzeciej osobie, nie ma wątpliwości, że pokazując punkt widzenia którejś z postaci, nie tylko z góry obserwuje jej poczynania, ale także wchodzi w jej umysł. Zupełnie inaczej więc pisane są fragmenty, w których świat obserwujemy z perspektywy wyszkolonego w walce i znoszeniu bólu Takeshiego, inaczej z perspektywy egzaltowanej Haru, jeszcze inaczej wędrownego mnicha z mroczną przeszłością, zawodowej negocjatorki, psychopatycznej przybranej siostry gangstera, zagubionego daimio, czy zmiennokształtnego szpiega.

Być może to też tak sprawnie wykorzystywane słowa i zdania sprawiają, że sceny krwawe - a tych, trzeba przyznać, tutaj nie brakuje - wrażenie robią większe, niż obrazy z filmów, czy gier komputerowych, które niby są bardziej dosłowne. Opisy walk, czy tortur, a właściwie ich bezpośrednich efektów, nie są wcale aż tak naturalistycznie szczegółowe. A jednak detal wpleciony tu czy tam działa. I to działa tak, że chociaż jako to, co się przydarza fikcyjnym postaciom nie budzi wielkiego protestu i odrazy (wszak wiemy, że to fikcja i że to, co się dzieje, jest konsekwencją innych fikcyjnych wydarzeń), to myśl o krwawej przemocy w rzeczywistości, po przeczytaniu, jak takie rzeczy wyglądają "niefajnie" wzbudziłaby wielki wstręt.

Tymczasem po tym ponurym akapicie zostawiam Wam na koniec zdanie przepiękne i spokojne. I o kotach. Bo to, że Kossakowska koty lubi, nawet gdybym nie wiedziała o tym wcześniej, nie budziłoby najmniejszych wątpliwości:

"A noc, matka kotów, otuliła go bezpieczną, przyjazną ciemnością i prostowała ścieżki, gdziekolwiek stanęła jego miękka, cicha łapa".

2 komentarze:

  1. Nie czytałam ani jednej książki Kossakowskiej, choć nazwisko kojarzę i tkwi od dłuższego czasu na mojej liście do przeczytania. Nie jestem pewna, czy zdecyduję się na początek akurat na ten tytuł, bo klimaty około-japońskie mi nieszczególnie leżą, ale to już kwestia drugorzędna ;).
    W ogóle czytałam trochę przez palce w obawie przed spoilerami, a potem odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że nie było żadnego :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam potrzeby za dużo fabuły zdradzać, bo i tak się pilnowałam, by zachwyty nad stylem nie były za długie :) Jak przeczytam więcej, będę mogła polecić na początek taką, która Ci będzie mogła najbardziej przypasować. Na razie z całą pewnością mogę powiedzieć, że autorka jest - z tego co da się powiedzieć widując ją na konwentach fantastycznych - przesympatyczną osobą. I widać w jej prozie, że lubi koty i fascynuje się wszelkimi mitologiami, zwłaszcza tymi mniej znanymi.

      Usuń