niedziela, 10 sierpnia 2014

Steampunk dla początkujących


Antologia pod redakcją Ann i Jeffa VaneerMeerów to właściwe przegląd tego, czego można się po tym gatunku spodziewać, obudowany esejami o samym steampunku i krótkimi notkami o autorach. Zakochana w  wizualnej estetyce steampunku, nie wiedziałam, że to wynalazek nie nowy. To o znaczy, dziewiętnastowieczne korzenie, to i owszem, jednak że gatunek współczesny, zanim stał się naprawdę popularny, egzystował sobie na zachodzie przez kilkadziesiąt lat – to już trochę zaskoczenie.

Geneza fantastyki naukowej z alternatywnej epoki wiktoriańskiej jest, jak się okazuje, bardziej złożona niż powieści Wellsa i Verne’a. We wstępie do antologii Jess Nevins zestawia amerykańskie „edisonady” – przygodowe historię, których główni bohaterowie to samotni odkrywcy zawsze doskonale panujący nad swymi wynalazkami – z dziełami już steampunkowymi, które dzieją się w mieście (niemal wyłącznie w Londynie) i zahaczają o problemy społeczne, a w relacji człowieka i maszyny widzieli ciemne strony.Przywołuje także tzw. powieści wagonowe – pulpową, rzeklibyśmy dzisiaj, literaturę rozrywkową, w tanich wydaniach lub publikowaną w odcinkach, czytaną  dla zabicia czasu.

Tom zamykają dwa następne krótkie eseje. Rick Klaw, odmawiając popkulturowe ujęcie, skupia się na  grach fabularnych, serialach oraz magazynach i stronach internetowych, w całości lub częściowo poświęconych steampunkowi. Jest też, co ciekawe, polska strona internetowa ze swoją anglojęzyczna wersją. O proszę, dostępna tutaj. Bill Baker omawia steampunkowe komiksy i powieści graficzne. Co prawda o komiksach wiem tyle, co o ekranizacjach Marvela, jednak wydaje mi się, że omówione tutaj są – poza Ligą Niezwykłych Dżentelmenów  - raczej w Polsce nieznane. I miło by było w tym momencie, gdyby polskie wydanie antologii zawierało dodatkowo jakiś tego rodzaju tekst, stanowiący przegląd polskiego rynku książek i komiksów.

Po wstępie mamy fragment powieści Michaela Moorcocka „Warlord of the air”. W samym tym wycinku nie poznajemy zbyt wiele z fabuły, to po prostu wprowadzenie w klimat – bo czy może być coś bardziej steampunkowwgo niż bitwa w obronie miasta z udziałem sterowców?

Kolejny tekst to „Maszyna Lorda Kelvina” Jamesa P. Blaylocka, później rozwinięta do rozmiarów powieści. Mamy tutaj szalonego naukowca, zagrożenie dla Ziemi, niebezpieczny wynalazek, wiktoriańskie wyższe sfery, podstępy  i podróże po świecie. Myślę, że gdyby któryś z pierwszych filmów o Jamesie Bondzie spróbować przenieść w epokę wiktoriańską – wyszłoby z tego właśnie coś takiego.

„Dar ust” Iana McLeoda klimatem odrobinę przypomina „Bajkę o trybach i powrotach” Jakuba Ćwieka. Jest jeszcze bardziej utrzymany w konwencji opowiadanej ustnie baśni-gawędy, choć może nawet bardziej mitu założycielskiego, gdzie ze starego świata wyłania się nowy. Na pewno bardzo pomysłowy.

„Słońce na poddaszu” Mary Gentle wedle kilkuzdaniowego wprowadzenia ma mieć wyraźnie feministyczny wydźwięk, jednak jedyne, w czym go dostrzegłam, i to troszkę na siłę, bo bez kontekstów i Konstancji, to to, że w kraju, gdzie toczy się akcja, kobiety mają wielu mężów – taki odwrotny harem. Poza tym jest tu przede wszystkim spisek polityczny, by ma nie dopuścić do  ujawnienia odkrycia, które  miałoby groźne skutki społeczne. Jednak z jakiegoś powodu to opowiadanie nie zachwyca tak, jakby mogło. Może uprzedziłam się przez ten wstęp z dużą przesadą oddający zagadnienie, a może to przez to, że autorka, starając się wypaść oryginalnie, umieszcza w tekście za dużo rozwiązań , które nie są dla fabuły niezbędne.

„Nadciąga Bóg Klaun” Jaya Lake’a także nie należy do tych utworów, które zapadły mi szczególnie w pamięć - choć może to po prostu nie całkiem mój klimat. W każdym razie opowiadanie oprócz mechaniczno-organicznego podejścia do tworzenia golemów, wprowadza też parę innych bardzo nowatorskich rozwiązań.

„Spotkanie Parowego Człowieka z prerii i Mrocznego Jeźdźca: Powieść wagonowa” Joego R. Lansdale’a w istocie wiele ma wspólnego z czytadłami z tanich wydań. Krew nie jest bynajmniej jedynym płynem ustrojowym, jaki się tutaj pojawia, a bohaterowie nie wysławiają się dystyngowanie niczym lordowie przy partyjce krykieta i herbatce. Opowiadanie wydaje się w każdym względzie zdecydowanie amerykańskie, nie angielskie. Za to  ma wprost olśniewający koncept – grupa śmiałków w czymś na kształt japońskiego mecha – tyle że napędzanego parą i przybranego w cylinder – ściga tytułowego Mrocznego Jeźdźca – którym okazuje się podróżnik w czasie z powieści Wellsa. Bawiąc się swoim wehikułem, jak się dowiadujemy, naruszył kontinuum czasoprzestrzenne i nie dość, że sam zmienił się w krwiożerczego wampira, to jeszcze spowodował powiększające się dziury w czasoprzestrzeni. Na przykład, przez jedna z nich można zobaczyć statek kosmiczny z naszej rzeczywistości. Chciałoby się powiedzieć, że brakuje tylko laserów i mutantów (chwila, przecież Morloków z przyszłości i wampira, którego nikt nie ugryzł, można wrzucić do tej kategorii), by otrzymać po prostu kosmiczną bzdurę. A jednak ta kowbojska ballada z cynizmem umierającego świata zdecydowanie ma w sobie coś.

„Klub Księżycowego Ogrodnictwa” Molly Brown to opowiastka raczej humorystyczna i o ile „Słońce na poddaszu” miało być zdecydowanie feministyczne, tak tutaj mamy ilustracje wszystkich tych powiedzeń i ludowych mądrości, wedle których kobiety rządzą światem sterując mężczyznami. A same pomysły są bardzo „retro”, przez co po prostu taka urocza ciekawostka. Spodoba się tym, co lubią filmy z początku XX wieku o wyprawach na księżyc.

„Siedemdziesiąt dwie litery” Teda Chianga znałam już wcześniej ze zbioru opowiadań autora, zostawiłam więc sobie tym razem na koniec – wiedząc, że bez względu na poziom pozostałych opowiadań, to i tak na pewno będzie jednym z najlepszych. Chiang pomysłów na swoje opowiadania nie szuka daleko, jednak motywy, o których napisano i powiedziano już wiele, przefiltrowuje, zadając po swojemu pytania i szukając nowych punktów widzenia. Przypomina mi w tym Raya Bradbury’ego, którego, jeśli chodzi o krótkie formy, uważam za mistrza. Tutaj mamy oparty na żydowskiej kabale retrofuturystyczny odpowiednik inżynierii genetycznej. Bowiem słów używa się nie tylko do ożywiania glinianych golemów, ale wszystko, co żyje, ma swoje imię – będące odbiciem imienia Boga – a badacze potrafią odnaleźć wśród sekwencji siedemdziesięciu dwóch liter odpowiadające za określone cechy. W ten sposób pożądane właściwości w świecie stworzonym przez Chianga można nadać automatom, a także – czy to jednak naprawdę możliwe? – istotom żywym. Fabuła, której nie chcę zdradzać, kreci się wokół ważnych pytań i wielkich zagrożeń. Do tego opowiadanie napisane jest sprawnie i bardzo sugestywnie. Nie zawsze da się uchwycić, jak to się dzieje, że znajdujemy się w środku tekstu, słyszymy, czujemy zapachy i widzimy kolory, nawet kiedy o tych kolorach i zapachach nie ma tak naprawdę wzmianki . W każdym razie, to dzieje się właśnie tutaj – nagle znalazłam się we wnętrzach, gdzie drewniane stoły i szklane resortu oświetlają naftowe lampy.

W „Wiktorii” Paula di Filippo młody naukowiec zostaje wpłatach w dworską intrygę, a właściwe poważny skandal. Niestety, bardzo trudno tutaj powiedzieć cokolwiek, by nie popsuć zaskoczeń i  przyjemności z czytania. Wspomnieć mogę jedynie, że pojawia się przyszła jeszcze królowa Anglii, dom uciech i eksperymenty nad hybrydami gatunków. I że jedno z najobszerniejszych opowiadań zbioru ma rzeczywiście wciągająca akcję, do tego bogato zobrazowane tło oraz może średnio istotny dla głównej osi fabuły, za to robiący wrażenie niezapomniane wrażenie epizod z katastrofą pierwszej napędzane uranem lokomotywy.

„Odbite światło” Rachel E. Pollack  to kilkustronicowe spojrzenie na stosunki społeczne w industrialnym społeczeństwie  i pomysł na steampunkowe technologie zapisu danych.

„Minuty ostatniego spotkania” Stepana Chapmana to wizja alternatywnej historii w  roku 1917, gdy Bakunin planuje zamach na cara Mikołaja, wraz z rodzina i swoimi przybocznymi podróżującego pociągiem z nieprzezroczystymi oknami. W tej wersji rzeczywistości jest broń jądrowa i nanotechnologia wykorzystywana w medycynie i szpiegostwie oraz sztuczny supermózg, którego komórki nieustannie czuwają nad wszystkimi sprawami państwa. Akcja w rozpędzonym pociągu to jedno z kilku opowiadań, tych najlepszych, mogłoby znaleźć się na końcu - skoro i tak zapamiętuje się najlepiej to, co jest na końcu i na początku, to warto dać tu coś, co pozostawi dobre wrażenie, co nie będzie po prostu takie sobie. . Właściwie, przeglądając zbiór, byłam przekonana, że jest ostatnie.

Tymczasem uchował się jeszcze Ustęp z trzeciego i ostatniego tomu plemion wybrzeża Pacyfiku Neala Stephensona. I nie jest to opowiadanie złe, czy godne zapomnienia. Opis walki w opuszczonym centrum handlowym i naświetlony jej kontekst, jakim jest nieoczekiwany sojusz w postapokaliptycznej wojnie, są wspaniałe. Jednak to klimat bardziej pasujący do „Mad Maxa” niż typowy steampunk, z jego mrokiem i upadkiem, ale i wiktoriańską elegancją.

Można tę antologię potraktować jako wprowadzenie dla początkujących, gdzie można zobaczyć, jak różnorodny potrafi być steampunk i zorientować się w nazwiskach autorów.
Jeśli mieliście już do czynienia ze steampunkową literaturą albo filmem, chętnie dam sobie polecić coś wartego uwagi.


P.S. Przypominam, że możecie polubić stronę na Facebooku. Co prawda nie planuję na razie nic rozdawać, prócz wirtualnych uśmiechów, za to postaram się wrzucać od czasu do czasu coś, co ma szanse zasłużyć na lajki.

6 komentarzy:

  1. jeśli się nie mylę do gatunku steampunku zaliczono Bezwzględną Gail Carriger. jeśli mam racje, będzie to jedyna powieść jaką czytałam w tym nurcie i póki co muszę powiedzieć, że uczucia mam mieszane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszukałam tytuł, przeraził mnie nieco różowy kolor na okładce - ale poczytam opinie na początek.

      Usuń
  2. Słowo "steampunk" widniało gdzieś w niezgłębionych obszarach mojej świadomości (choć bardziej jako zlepek liter z "s" na początku, jakimś "p" w środku i "k" w okolicach końca; nie potrafiłabym poprawnie napisać całego wyrazu ;)) - i w jakiś nie do końca jasny sposób łączyło się z mechanizmami wszelakimi i innymi wytworami techniki, ale że należy to połączyć z epoką wiktoriańską, to nie wiedziałam. Także nocie trudno odmówić w tym przypadku walorów edukacyjnych :).
    Co do samej antologii... Wydaje się nieco absurdalna, co zwykle jest plusem. Nazwiska nic mi nie mówią, tematyka pozostaje dla mnie lądem nieznanym, ale że dostrzegam w niej możliwości na fabuły pozbawiające życia doczesnego na rzecz tego w literkach, to... no nie wiem, chyba muszę zerknąć za jakiś czas. Tuż po tym, jak przeczytam to, co mi się nagromadziło na półkach.
    (Gdybym miała Facebooka, to bym polubiła).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to miło, że nawet w kwestii tego, jak steampunk wygląda, udało mi się wprowadzić walor edukacyjny :) I jest też wyjaśnione we wstępie do antologii, że człon z "p" na początku (a więc w środku całości) i "k" na końcu zawsze wskazuje znaczeniowo na bunt - przeciw zastanej rzeczywistości lub choćby poprzednikom w danej dziedzinie. Teraz mi się zawsze będzie włączał tryb analizy znaczeniowej przy tego typu nazwach ;)

      Usuń
  3. Interesujący wpis!
    Ze steampunkiem to jest dziwna sprawa: z jednej strony założenia bardzo mi się podobają, są to elementy, z których (jak sądzę) powstałaby powieść idealna dla mnie, z drugiej - czytuję te książki i czytuję, a żadna mnie nie oczarowała, jak powinna. ;) Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, zawsze mi czegoś brakuje.
    Z powyższych autorów znam jedynie Moorcocka, niegdyś podczytywałam Sagę o Elryku (pierwsze tomy). Można po nią sięgnąć w ramach ciekawostki (tak to ujęłam, bo nie zapałałam miłością do tej historii).
    PS O, weszłam na podaną przez ciebie stronę i widzę, że wymieniono tam "Planetę Skarbów" (z zaznaczeniem, że to raczej film retrofuturystyczny) - baardzo lubię tę animację! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę, że całkiem sporo mam do nadrobienia w kwestii steampunkowych lektur :) Wstyd? Chyba nie, o wiele bardziej martwiłabym się, gdybym w tej materii przeczytała już wszystko :) Chętnie sięgnę po tę antologię, bo jeszcze nie miałam okazji :)

    OdpowiedzUsuń